Wojciech Staroniewicz „Alternations”

Rok wydania: 2007

Cena Sztuk
32,00 zł

 

SKŁAD ZESPOŁU:
Wojciech Staroniewicz – saksofony
Sławek Jaskułke – fortepian
Leszek Możdzer – fortepian
Michał Barański – kontrabas
Hubert Zemler – perkusja

 

 

 

 

1
 A Little Closer
7:36
2
 A Catalan
5:37
3
 Next Door
6:56
4
 Conversession
5:13
5
 Major Alterations
7:08
6
 Dual
3:11
 7
 Karolina
5:53
 8
 Dogs On Tour
9:14
 9
5:46

To ostatnia, jak dotąd, autorska płyta Staroniewicza. Patrząc na jego drogę artystyczną można zauważyć, że każdy kolejny projekt służył realizacji zupełnie nowych pomysłów, przemyślanych koncepcji. I tym razem nie jest inaczej.

     W pewnym sensie muzyka opiera się na dwóch filarach, stojących daleko od siebie, ale mocnych i pewnych – dwóch pianistach, Sławku Jaskułke i Leszku Możdżerze. Nie chodzi tu wyłącznie o odmienną koncepcję gry, o różne muzyczne osobowości. Jaskułke wchodzi w skład kwartetu, a więc współorganizuje, tworzy wewnętrzny porządek, spaja harmoniczną strukturę. Możdżer jest przybyszem z zewnątrz. Przypada mu rola wolnego ducha, wędrowca, który budzi niepokój, pokazuje swój świat – po czym znika. Z kontrastów wyłania się poezja, pewna ulotna refleksyjność, której zaczyna nam brakować tuż po wybrzmieniu ostatniego utworu.

     Staroniewicz jest tu nadal liderem, a rolę tę lubi i czuje się w niej nie najgorzej. Zarazem jednak daje partnerom więcej przestrzeni do wypełnienia, pozwala im poszerzyć na własną rękę muzyczny obszar. Płyta jest kolejnym niezbędnym elementem w prywatnej, rozpisanej na lata kariery, muzycznej układance sopockiego saksofonisty.

Jarek Kurek

    W czasach, gdy wirtuozi saksofonu ścigają się w poszukiwaniu nowych, lepszych instrumentów, śledzą nowinki wiodących producentów, lider tego przedsięwzięcia, Wojtek Staroniewicz, zdaje się być anarchistą. Znalazł bowiem i odrestaurował liczący sobie 75 lat instrument, saksofon tenorowy Selmer Balanced Action (rocznik 1936, pierwszy, w którym ten udoskonalony w manufakturze Selmer Paris model ujrzał światło dzienne). Warto wiedzieć, że był to swego czasu ulubiony instrument Colemana Hawkinsa. Współcześni zachwycali się jego szerokim, bardzo otwartym tonem, którego nie udało się nigdy potem powtórzyć (pewne detale z tego instrumentu zaanektowano do sztandarowych modeli Mark VI i Mark VII, jednak barwy nie skopiowano).
Dlaczego tak wiele piszę o instrumencie Staroniewicza? Otóż obok nieczęsto spotykanej u nas wirtuozerii jazzman ten ma właśnie swój osobisty ton, a jeśli dodać, że i frazowaniem i improwizacyjną wyobraźnią odbiega od naszej nadwiślańskiej sztampy, to można mówić o muzyku zjawiskowym. Ale to nikogo nie zaskakuje. Staroniewicz to na naszym rynku marka.
Jego afrykański projekt to wypadkowa znanych od lat inspiracji i załuchania lidera w muzykę Czarnego Lądu, ale również zachwytu nad pracami-fotogramami Agnieszki Ledóchowskiej, które powstały przy współpracy Kate Chmela – Jones, Polki na stałe mieszkajacej w Afryce Południowej (wykładowca na wydziale Grafiki i Sztuk Wizualnych w Vaal University of Technology). Jak czytamy na stronie wydawcy albumu: „Zdjęcia, które zrobiła swoim studentom, zostały przetworzone. Twarze, choć anonimowe wydaja się w dziwny sposób bliskie.Intencja Agnieszki było stworzenie nierzeczywistej osoby. Znalezienie jej alter-ego w świecie swojej wyobraźni. Efektem tych wksperymentów jest cykl prac podkreslających przeciwieństwa stanów emocjonalnych i ludzkiej kondycji”.
I tę afrykańskość źródła inspiracji u Staroniewicza słychać na każdym kroku, przepraszam – w każdym takcie. Jednak nie epatuje on nas wyłącznie kaskadami rytmów, gdy trzeba oddaje się zadumie (intro w Utni), dopiero po jakimś czasie wchodząc w ostinatowe, transowe rytmy Afryki, gdzie metrum trójdzielne pieknie nakłada się na parzyste, często tworząc swoistą koronkę (typowe dla tamtejszej muzyki nałożenie 3/4 na 2/4). Staroniewicz świadomie unika formalnych uproszczeń opuszczajac rdzenną Afrykę na rzecz fusion dopiero w finałowym Dakarai.
Mnie jednak najbardziej przypadają do gustu soczyste frazy wiejące kurzem afrykańskich bezdroży. Asale, dzieki pieknej introdukcji wprowadza nas w świat niegdysiejszych odwołań do muzyki Czarnego Lądu spod znaku Coltreane’a. Kiedy indziej Staroniewicz daje nam możność posłuchania swoistego chóru saksofonowego (Dingane), a po zbudowaniu klimatu zabiera nas w podróż po barwach i muzycznej wielopłaszczyznowości (piekne solo Bukowskiego). Świetną passę podtrzymuje następna kompozycja na albumie – Chisisi. Sonorystyczne efekty rozimprowizowane, rozedrgane w tej dwuminutowej miniaturze stają się wstępem do Muchaneta, prawdziwej perły albumu.
Staroniewicz nie pierwszy raz pokazał, że potrafi wykreować i wypełnić na naszym jazzowym rynku swoją niszę. To efekt wyobraźni i kreatywności. Nie oglada się na innych, nie kopiuje, ale robi swoje. I wygrywa. I pomyśleć, że to pierwszy album z datą 2011. Jeśli ten rok tak się zaczyna, to strach myśleć, co będzie dalej!

Piotr Iwicki (Jazz Forum luty 2011)

logo
logo
logo

Projekt dofinansowany
ze Stypendium Marszałka Województwa Pomorskiego

Informacje o muzykach: