Byrklymyny Trio – „Opera in Heaven”

32,00 zł

Byrklymyny Trio Cover

Henryk Gembalski – skrzypce

Wojciech Zduniak – gitara basowa

Michał Zduniak – perkusja

 

 

 

1.

Prologue

 fragment
2.

Act 1

5:19
3.

Act 2

 fragment
4.

Act 3

 fragment
5.

Act 4

 fragment
6.

Act 5

 fragment
7.

Act 6

 fragment
8.

Act 7

 fragment
9.

Epilogue

 fragment

Skrzypce to królewski instrument, ale nie w królestwie jazzu. King Oliver nie był skrzypkiem, ani B.B. King, ani Nat King Cole. Ani Duke Ellington ani Count Basie. Także ani Stachmo, Bird, Monk, Trane i Miles, ani żaden inny święty prorok jazzu nie byli skrzypkami. Dlaczego? Może dlatego, że skrzypce to bardzo trudny instrument. Na każdym trudno o mistrzostwo, ale na skrzypcach trzeba dobrze umieć grać, żeby w ogóle dostać robotę. Nie wystarczy, tak jak Armstrongowi, poprawczak. Na to trzeba tysięcy godzin ćwiczeń, bo jak nie, to gra się tak jak Ornette Coleman. Do niedawna cały system szkolny i wszystkie etiudy były nastawione wyłącznie na kształcenie muzyków klasycznych. A to otwiera drogę do bardziej lukratywnej i bezpiecznej kariery skrzypka klasycznego. I zostaje w palcach i głowie, co wcale nie pomaga zostać jazzmanem, nawet skrzypkom tak wielkim jak Nigel Kennedy. Nasi dwaj wielcy rodacy, Zbigniew Seifert i Michał Urbaniak, konserwatoryjni skrzypkowie, jazzmanami zostali jako saksofoniści i potem, już jako skrzypkowie, nadal brzmieli bardziej jak Coltrane i Adderley, niż Stephane Grapelly. No i wreszcie: „szkoda, że grasz na skrzypcach, bo my nie wiemy, jak się promuje skrzypków jazzowych”, jak dowiedział się Urbaniak ca. 1973 w Columbia Records.

Czasy się zmieniają i dziś także jazzowi skrzypkowie mogą grać pierwsze skrzypce, tak jak na tej płycie. Ale te skrzypce to zupełnie inny instrument, skrzypce nowej generacji. Im także zdarza się brzmieć jak saksofon, a nawet jak Four Brothers, ale też jak gitara, organy, chór obcych i zgiełk czarownic. I jak skrzypce, oczywiście, choć chyba tylko raz jak skrzypce z jazzbandu na dachu, rzadko solo, częściej w kwartecie i w orkiestrze. To trio wcale nie brzmi jak trio, tylko jak kombo z orkiestrą, a nawet dwiema, kameralną i jazzowym big bandem. Wszystkie kompozycje, choć wyimprowizowane w trakcie tej sesji, mają wyszukaną formę i bogatą instrumentację. Sekcje i soliści brzmią spójnie i swingują tak razem, jakby pędzone jedną ręką. Jednym słowem jak syntezator, którym w istocie te skrzypce sterują. Królewskie bogactwo ich dźwięku pozwala z wysoką rozdzielczością emulować inne instrumenty, nie tracąc przy tym skrzypcowej artykulacji i frazowania, czyli skrzypcowej duszy. Wszystko to na żywo w studiu PR w Kielcach. Wbrew oczywistemu wrażeniu na płycie tej nie ma studyjnego, wielośladowego montażu. To wszystko jest live! To znaczy, live electronics. I choć już dobre parę lat minęło, do dziś robi wrażenie, nie mniejsze niż Urszula Dudziak i Krzysztof Ścierański.

Skrzypce, ponieważ mają duszę, są przedmiotem awansów sił nieczystych. Ponieważ syntezator ten ma duszę skrzypiec, on także. Nieziemskiej ekspresji skrzypiec nie dało się wytłumaczyć inaczej, niż wspomaganiem faustowskim. Tyle że tutaj inni szatani są czynni, nie fircyk typu Mefisto od Mr. Paganiniego, ale raczej obcy typu Nostromo. Do nich należą pierwsze i ostatnie słowa opowiedzianej tu historii, od początku grozą wieje, a po drodze jest jeszcze acid party nad jeziorem i sabat czarownic. Dzięki temu te skrzypce tchną duszę i życie w swe stwory, a ich siła wyrazu bywa tak wymowna, jak wyraz twarzy. Ponieważ to opera, mamy tu sporo twarzy, na przykład, w kolejności pojawiania się na scenie: M.C. Pizzicato dell’ Arte, Wamp Smok, Gitarzysta Pat, Skrzypek Harnaś itd. O ile ich postaci i charaktery wyrzeźbiono smyczkiem, i to tak wyraziście, że łatwo poznać ich w tłumie i wiele o nich wiadomo, na przykład kto z Sewilli, a kto z Murzasichla, w ruch wprawia ich bas z bębnem. Mistrzostwo tej animacji dorównuje charakteryzacji: jedni kroczą na osiem, a inni spacerują na cztery, jedni tańczą, inni się skradają, jedni maszerują, a inni odlatują.

Jeśli coś nazywa się opera i brzmi jak opera, to jest to opera. Ta opera jest w trzech aktach z uwerturą i epilogiem. Kurtyna otwiera się na M.C. Pizzicato, który przedstawia osoby dramatu, pojedynczo, w parach i trójkątach, wiele w maskach, a co najmniej jedna to na bank przebrany za damę smok. Dalej wielka aria bohatera w masce Gitarzysty Pata w kwintecie z dwoma klawiaturami. Kurtyna. Akt drugi, w krainie smyczków, dość górzystej. Popis skrzypka Harnasia, perskie oko na koniec. Akt trzeci: zachód słońca nad jeziorem Psychedelic z kwartetem smyczkowym, jak się potem okaże, czarownic. Pojawia się Skrzypek i raz jeszcze walczy w wielkim stylu, chyba o względy Wampa Smoka. Jednak smocza natura bierze górę i Wamp Smok dołącza do czarownic, które odrzucają smyczki, zrzucają fraki, dosiadają mioteł i odlatują. Grand finale dźwięków tajemniczych pod dyrekcją Wielkiego Omama Alegorii. Epilog: Obcy Nostromo oddalają się równie złowieszczo, jak pojawili się w uwerturze. Nie wygląda wszakże na to, aby oddalili się na dobre. Trudno oprzeć się wrażeniu, że ta dramatyczna intryga jeszcze nie dobiegła końca, że ciąg dalszy nastąpi w kolejnych odcinkach.

I nastąpił. Nagrane tu trio to wariant z innym basistą, Wojtkiem Zduniakiem zamiast Krzysztofa Majchrzaka, Tria Labirynt, które działało od roku 1994 i wydało cztery albumy: jeden we własnym składzie „Ethnic” (Polonia Records, 1999) i trzy z udziałem saksofonisty Toma Bergerona i innych „Labirynt”, „Exit” i „Motion Tissue” (Teal Creek Music 1998, 2004, 2007). Trio Labirynt zeszło ze sceny wraz z nieodżałowanej pamięci Michałem Zduniakiem w r. 2009, ale po trzech latach powróciło, z wielkim Calvinem Westonem na bębnach, pod firmą „Magic Hands”. Pod takim właśnie tytułem, właśnie teraz, wiosną 2014 roku, wydało swój pierwszy album. Ta opera trwa nadal, bawcie się na niej dobrze.

 Tomasz Tłuczkiewicz